niedziela, 28 czerwca 2015

Rozdział 01







Oddech. Oczy mi napuchły, z trudem przełykałam ślinę z powodu guli w gardle. Sfrustrowana własną słabością, wierzchem dłoni szybko otarłam łzy, które wbrew mojej woli spływały po policzkach. Nie mogłam dłużej o tym myśleć. Wybuchłabym. 
    Rozejrzałam się po pokoju, który choć mój, tak naprawdę niewiele miał ze mną wspólnego. Jasno-różowe ściany, duże łóżko z pościelą w kwiatki, białe, używane biurko z dopasowanym krzesłem, obok różowo-czarna komoda. Żadnych zdjęć na ścianach, żadnych pamiątek, które świadczyły o tym, kim byłam, zanim się tu znalazłam. To jedynie miejsce, w którym mogłam się ukryć. Przed bólem, wściekłymi spojrzeniami i słowami raniącymi jak ostrze noża. 
    Dlaczego tu przyszło mi żyć? Znałam odpowiedź. To nie był wybór, tylko konieczność. Nie miałam dokąd pójść, a oni nie mogli odwrócić się do mnie plecami. Byli moją jedyną rodziną, za co jednak ne mogłam być wdzięczna losowi.
    Leżałam na łóżku, próbując skierować uwagę na odrabianie pracy domowej. Skrzywiłam się, kiedy sięgnęłam po podręcznik do trygonometrii. Nie mogłam uwierzyć, że moja ręka tak koszmarnie wygląda. Pewnie przez cały  najbliższy tydzień znowu będę nosiła długi rękaw. Świetnie...

    Rwący ból w ramieniu sprawił, że przez moją głowę, jak nagły błysk, przeleciały potworne obrazy. Czułam narastający gniew, zacisnęłam szczękę, zachrzęściłam zębami. Wzięłam głęboki oddech i pozwoliłam spowić się mętnemu strumieniowi nicości. Musiałam wypchnąć go z głowy, dlatego z całych sił skupiłam się na lekcjach.
    Obudziło mnie delikatne pukanie w drzwi. Wsparłam się na łokciach i w ciemnym pokoju usiłowałam zebrać myśli. Musiałam spać jakąś godzinę, ale nie pamiętałam momentu, kiedy zasnęłam.
  - Tak? - odpowiedziałam, a głos ugrzązł mi w gardle.
  - Violetta? - Usłyszałam ciche, nieśmiałe nawoływanie.
  - Możesz wejść, Luke. - Mimo wewnętrznego rozbicia starałam się brzmieć przyjaźnie.
    Chwycił dłonią za klamkę i powoli otworzył drzwi. Jego głowa, sięgająca niewiele wyżej niż sama klamka, wsunęła się do środka. 
    Dużymi brązowymi oczami Luke omiótł pokój, aż w końcu jego wzrok trafił na mnie. Wiedziałam, że denerwował się tym, co za chwilę mógł zobaczyć. Po chwili uśmiechnął się do mnie z wyraźną ulgą. Jak na swoje sześć lat wiedział zdecydowanie zbyt wiele.
  - Kolacja gotowa - oznajmił, patrząc w podłogę.
    Zrozumiałam, że wolałby uniknąć obowiązku przekazania mi tej informacji.
  - Dobrze, zaraz idę. - Usiłowałam odwzajemnić uśmiech chłopca, zapewniając go w ten sposób, że wszystko jest w porządku. On jednak zdążył oddalić się w kierunku głosów dochodzących z jadalni.
    W holu na dole uderzył mnie brzęk rozstawianych na stole talerzy i misek oraz towarzyszący mu podekscytowany głos Jennifer. Gdyby ktokolwiek patrzył wtedy na tę scenę, pomyślałby, że jest to obraz idealnej amerykańskiej rodziny z radością zasiadającej do wspólnej kolacji.
    Obraz zmienił się jednak z chwilą, kiedy wyszłam ze swojego pokoju. Atmosfera zgęstniała od dławiącego poczucia niezgody na moje istnienie. Istnienie, które sprawiało, że na rodzinnym portrecie pojawiły się rysy. Wzięłam głęboki oddech, wmawiając sobie, że przez to przejdę, że przetrwam kolejną noc. Ale właśnie w tym tkwi problem.
     Wolnym krokiem przeszłam przez hol i skierowałam się w stronę jednej jadalni. Ze ściśniętym żołądkiem przekroczyłam próg. Wbiłam wzrok w podłogę i w oczekiwaniu na nieuniknione wykręcałam sobie palce dłoni. Ku mojej uldze nie zwrócono na mnie uwagi.
  - Violetta! - krzyknęła Jennifer i podbiegła do mnie.
    Schyliłam się, pozwalając jej wpaść w moje ramiona. Mocno zacisnęła ręce wokół mojej szyi. Poczułam ból w ramieniu i wydałam z siebie przytłumiony jęk.
  - Widziałaś mój obrazek? - zapytała rozradowana i pełna dumy ze swoich żółto-różowych esów-floresów.
    Za plecami czułam pełne wściekłości spojrzenia. Gdyby to były noże, natychmiast padłabym bez czucia.
  - Mamo, a widziałaś mój rysunek dinozaura? - Usłyszałam głos Luke'a, który próbował odwrócić uwagę od mojego zakłopotania.
  - Jest piękny, skarbie - pochwaliła go, kierując spojrzenia wszystkich na syna.
  - Tak, jest śliczny - odezwałam się łagodnie do Jennifer, patrząc w jej rozbiegane brązowe oczy. - A teraz szybko biegnij do stołu, dobrze? Kolacja czeka.
  - Dobrze - przytaknęła, nie wiedząc nawet, że jej czuły gest przyczynił się do wzrostu napięcia przy stole. Skąd zresztą miałaby to wiedzieć? Miała dopiero cztery lata, a ja byłam jej ukochaną starszą kuzynką. Ona zaś była dla mnie jasnym promieniem słońca w tym ponurym domu. Nigdy nie mogłabym winić jej za dodatkowe troski, których przysparzało mi jej głębokie uczucie. Rozmowa wróciła na dawne tory, a ja całe szczęście znowu stałam się niewidoczna.
    Po odczekaniu, aż wszyscy będą mieli jedzenie na talerzu, nałożyłam sobie kurczaka, groszek i ziemniaki. Czułam, że obserwują każdy mój ruch. Skupiłam się więc na swoim posiłku. Zdawałam sobie sprawę, że nałożona porcja nie zaspokoi mojego głodu, ale nie śmiałam wziąć więcej.
    Nie słuchałam wylewających się z niej potoków słów o ciężkim dniu pracy. Jej głos przeszywał mnie i powodował skurcze żołądka. George odpowiedział coś miłego, starając się ją pocieszyć, jak zresztą zawsze czynił. Zainteresował się mną tylko raz, kiedy zapytałam, czy mogę już odejść. Spojrzał na mnie dwuznacznie z drugiego końca stołu i sucho przystał na moją prośbę.
    Podniosłam talerz swój oraz Luke'a i Jennifer, którzy zdążyli już czmychnąć do salonu na telewizję. Zabrałam się za rutynowe wieczorne czynności: usuwanie z talerzy resztek jedzenia i umieszczanie naczyń w zmywarce. Podobnie robiłam z garnkami i patelnią, których George używał do przygotowania posiłku.
    Czekałam, aż wszyscy przeniosą się do salonu. Dopiero wtedy poszłam do jadalni dokończyć sprzątanie. Po umyciu naczyń, wyniesienia śmieci i zamieceniu podłogi ruszyłam do swojego pokoju. Przeszłam obok salonu, z którego dochodziły dźwięki telewizora i głosy roześmianych dzieci. Prześlizgnęłam się niepostrzeżenie. Jak zwykle.
    Położyłam się na łóżku, w uszy wetknęłam słuchawki od iPoda i podkręciłam muzykę na cały regulator, żeby zagłuszyć myśli. Następnego dnia po lekcjach miał być mecz, a to oznaczało, że wrócę do domu później i nie wezmę udziału w naszej cudownej rodzinnej kolacji. Odetchnęłam głęboko i zamknęłam oczy. Jutro będzie kolejny dzień. O jeden dzień bliżej do zostawienia tego wszystkiego za sobą.
    Przekręciłam się na bok, na chwilę zapominając o obolałym ramieniu. Do czasu, kiedy ból ponownie przypomniał mi o tym co przeżyłam. Zgasiłam światło i pozwoliłam ukołysać się muzyce.

***


Z torbą w jednej ręce i przewieszonym przez ramię plecakiem wbiegłam do kuchni i szybko chwyciłam batonik zbożowy. Na mój widok oczy Jennifer zapałały radością. Podeszłam bliżej i pocałowałam ją w głowę, wkładając ogromny wysiłek w to, aby nie zwracać uwagi na przeszywające spojrzenie z pokoju obok. Obok Jennifer, przy stojącym na środku kuchni stole, siedział Luke i jadł płatki z mlekiem. Nie podnosząc wzroku, wsunął mi w dłoń kawałek papieru.
    "Powodzenia!" - głosił wykonany czerwoną kredką napis.
Tuż obok niego widniał uroczo nieudolny, czarno-biały rysunek piłki nożnej. Chłopiec rzucił mi ukradkowe spojrzenie, więc uśmiechnęłam się przelotnie, tak aby tego nie dostrzegła.
  - Na razie, dzieciaki - rzuciłam, kierując się w stronę drzwi.
    Jednak zanim doszłam do wyjścia, jej zimna dłoń złapała mój nadgarstek.
  - Odłóż to - syknęła.
    Odwróciłam się. Jej plecy chroniły dzieci przed wbitym we mnie jadowitym spojrzeniem.
  - Tego nie było na twojej liście, więc nie kupiłam. Odłóż to - powtórzyła i wyciągnęła dłoń.
    Położyłam na niej batonik i natychmiast wyzwoliłam się z miażdżącego uścisku.
  - Przepraszam - wymamrotałam i wybiegłam z domu, zanim znalazła kolejny powód do upokorzenia mnie.
  - No i? Co się działo, jak wróciłaś do domu? - zapytała Ludmiła, kiedy tylko wsiadłam do jej czerwonego kabrioletu coupé, i w oczekiwaniu na moją odpowiedź ściszyła głośną punkową muzykę.
  - Co? - odpowiedziałam, nie przestając pocierać nadgarstka.
  - Wczoraj wieczorem, kiedy wróciłaś do domu... - niecierpliwiła się Ludmi.
  - Nic specjalnego, zwyczajowe pokrzykiwanie - odparłam, bagatelizując dramat, jaki w rzeczywistości rozegrał się po moim wczorajszym powrocie z treningu. Mimochodem masowałam obolałe ramię. Postanowiłam nie zdradzać żadnych szczegółów. Chociaż bardzo lubiłam Ludmiłę i wiedziałam, że zrobi dla mnie wiele, uznałam, że pewne sprawy powinny pozostać w tajemnicy.
  - Aha, czyli tylko pokrzykiwanie? - upewniała się.
    Wiedziałam, że nie do końca kupuje moją odpowiedź. Nie byłam mistrzynią kłamstwa, ale okazałam się wystarczająca. 
  - Tak - wyjąkałam pod nosem i splotłam wciąż drżące od jej uścisku dłonie. Odwróciłam głowę na bok i obserwowałam mijane po drodze drzewa, tak malutkie na tle ogromnych domów otoczonych rozległymi trawnikami. Moją zaczerwienioną twarz przyjemnie muskał świeży powiew późnowrześniowego powietrza.
  - To miałaś szczęście, co? - Czułam na sobie jej spojrzenie, Czekała, aż zacznę się zwierzać.
    W końcu, widząc, że nic więcej ze mnie nie wyciągnie, podkręciła muzykę i zaczęła na cały głos wyśpiewywać słowa piosenki brytyjskiej kapeli punkowej, kiwając głową na przemian w górę i w dół.
    Wjechałyśmy na szkolny parking. Uczniowie jak zwykle wiedli za nami powłóczystymi spojrzeniami, a nauczyciele z dezaprobatą kręcili głową. Ludmi była niewzruszona. Albo przynajmniej udawała, że mało ją to wszystko obchodzi. Ja także pozostawałam obojętna, ale mnie naprawdę mało ją to wszystko obchodzi.
    Przewiesiłam plecak przez lewe ramie i ruszyłam z Ludmiłą przez parking. Jej twarz rozpromieniła się w zaraźliwym uśmiechu, kiedy koledzy zaczęli machać do nas z daleka. Mnie ledwo zauważali, brak zainteresowania z ich strony zupełnie mi jednak nie przeszkadzał. Nietrudno było znaleźć się w cieniu popularności Ludmiły Ferro, jej niezwykłej charyzmy i burzy cudownych, jasnych włosów, które falami spływały aż do połowy pleców.
    Ludmi była dziewczyną z marzeń każdego chłopaka w naszym liceum, a jestem przekonana, że również niektórych nauczycieli. Była zaskakująco atrakcyjna. Miała smukłe ciało modelki, w którym wszystko było na swoim miejscu. Jednak najbardziej ceniłam w niej autentyczność. Nawet jeśli była najbardziej pożądaną dziewczyną w całej szkole, nie zwróciło jej to w głowie.
  - Cześć, Lu - można było usłyszeć od każdego, kogo mijałyśmy, idąc pewnym, energicznym krokiem przez korytarz w części dla niższych klas. Ludmiła z uśmiechem odwzajemniała wszystkie pozdrowienia.
    Również w moją stronę kierowano ukłony, na które mogłam odpowiedzieć jedynie przelotnym spojrzeniem i lekkim skinieniem głowy. Miałam pełną świadomość, że jedynym powodem, dla którego zwracano na mnie uwagę, była Ludmiła. Zresztą przemierzając szkolny korytarz w cieniu przyjaciółki, w głębi duszy pragnęłam, żeby nikt mnie nie zauważał.
  - Mam nadzieję, że Federico w końcu zorientuje się, że istnieję - oznajmiła Lu, kiedy z przylegających do siebie szafek wyciągałyśmy rzeczy potrzebne nam do pierwszej lekcji. Jakimś cudem większość zajęć miałyśmy razem, co czyniło nas praktycznie nierozłącznymi. Niestety na część lekcji chodziłyśmy osobno. I właśnie tego dnia ja zaczynałam od angielskiego, a Lu szykowała się do algebry.
  - Wszyscy dobrze wiedzą o twoim istnieniu - zapewniałam przyjaciółkę, uśmiechając się krzywo. " Niektórzy nawet zbyt dobrze" - dodałam w myślach.
  - Z nim jest inaczej. Ledwo mnie dostrzega, nawet kiedy siedzę tuż obok! To takie denerwujące - wyrzuciła z siebie i oparła się plecami o szafkę. - Ale wiesz, że na ciebie też zerkają? - dodała z naciskiem. - Tylko ty tak rzadko podnosisz wzrok znad książki... Nawet nie wiesz, ile przez to tracisz.
    Natychmiast zrobiłam się czerwona na twarzy i spojrzałam na nią z ukosa.
  - O czym ty mówisz? Zauważają mnie tylko dlatego, że ty jesteś w pobliży.
    Ludmiła zaśmiała się, błyskając przy tym idealnie białymi zębami.
  - Jaka ty jesteś niedomyślna! - parsknęła kpiąco.
  - Daj spokój, zresztą nie obchodzi mnie to - odparłam lekceważącym tonem, choć twarz mi płonęła. - Co zamierzasz zrobić z Federico?
    Ludmi westchnęła, mocno przyciskając książki do piersi i wodząc swoimi piwnymi oczami po suficie, odległa, jakby zatopiona we własnych myślach.
  - Jeszcze nie wiem - odpowiedziała po chwili, krzywiąc usta w zadumie. Było oczywiste, że w myślach widziała jego twarz, postawione na żel włosy,  intensywnie piwne oczy i ten zabójczy uśmiech. Federico był kapitanem i zarazem rozgrywającym w szkolnej drużynie futbolowej. Bardziej banalnie już chyba być nie mogło.
  - Jak to? Przecież zawsze masz jakiś plan.
  - Z nim jest inaczej. Nawet na mnie nie spojrzy! Chyba muszę się bardziej postarać.
  - Mówiłaś, że w końcu cię zauważył - odparłam, powoli gubiąc się w tej historii.
    Ludmiła odwróciła głowę i spojrzała na mnie. Jej oczy wciąż błyszczały na wspomnienie chłopaka. ale uśmiech gdzieś zniknął.
  - Tego do końca nie wiem. Zrobiłam, co mogłam, żeby siedzieć obok niego na zajęciach przedsiębiorczości, a on tylko powiedział "cześć", to wszystko. Przynajmniej wie, że istnieję. I tyle - stwierdziła nieco rozdrażniona.
  - Jestem pewna, że coś wymyślisz. A może jest gejem? - zażartowałam.
  - Violetta! - krzyknęła Lu i zrobiła wielkie oczy, po czym klepnęła mnie w prawe ramię.
    Zmusiłam się do uśmiechu, zaciskając jednocześnie zęby z nadzieją, że nie zauważyła, jak naprężam się z bólu, choć przecież dała mi tylko lekkiego kuksańca.
  - Nie mów tak, to byłaby katastrofa. Przynajmniej dla mnie.
    Obserwowanie, jak miota się pod naporem uczuć do tego chłopaka, było tyleż zabawne, co urzekające. Miała łatwość w obcowaniu z ludźmi, Wszystko zazwyczaj przebiegało po jej myśli, a już szczególnie kiedy w grę wchodzili mężczyźni. Nie było ważne, kogo próbowała przekonać do swoich racji. Była tak ujmująca, że po niedługim czasie każdy ochoczo stawał po jej stronie.
    A jednak Federico Pasquarelli najwyraźniej ją onieśmielał. Od tej strony zupełnie jej nie znałam. Wiedziałam, że ta sytuacja była dla niej czymś nowym, i byłam bardzo ciekawa, co zamierza z tym zrobić.
    Jedyni ludzie, którzy stanowili dla niej większe wyzwanie, to mój wujek i ciotka. Przekonywałam Ludmiłę, że ich zachowanie nie ma z nią nic wspólnego, ale to zwiększało tylko jej determinację, by stawić im czoło. Była przeświadczona, że dzięki temu moje codzienne piekło okaże się nieco bardziej znośne. Kim byłam, żeby jej w tym przeszkadzać? Nawet jeśli wiedziałam, że ta walka jest z góry przegrana.
   

No więc tak ...
Wiem, że mówiłam o tym rozdziale, że za jakiś czas, ale szczerze nie mogłam czekać więc proszę macie pierwszy rozdział :)
Mam nadzieję, że się podoba, bo nie ukrywam, że się starałam 
Więc zapraszam do komentowania ;*
Na początek 5 kom. = Rozdział 02

2 komentarze:

  1. Cuuudo *-*
    Zapraszam do mnie na nowy rozdział.
    http://zycie-po-smierci-sie-nie-konczy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Cuuudo *-*
    Zapraszam do mnie na nowy rozdział.
    http://zycie-po-smierci-sie-nie-konczy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń